"Żyjemy na archipelagach..."
Trudno znaleźć słuszniejsze określenie dla współczesnych młodych
ludzi niż to użyte w jednym
z utworów Zbigniewa Herberta.
Potwierdzają to nawet badania
socjologów.
Młodzi dzisiaj to pojedyncze
wysepki, których granice
wyznaczają nasza chęć lub
niechęć kontaktów z innymi.
Dawniej nastolatki buntowały
się przeciw ustrojowi, przeciw
opieraniu świata na pieniądzach.
Bunt był wyrazem niezgody bądź
zaskoczenia na świat, który
coraz bardziej się rozpędzał.
Ludzie tworzyli subkultury,
mające swój własny pogląd na
świat, walczyły z tym, w którym
przyszło im żyć. Wyrazem tego
stawała się muzyka (np. punk),
szeroko pojęta sztuka. To
wszystko było nieoficjalne, a
oficjalnie potępiane i
zakazywane np. przez system.
Pokolenie ludzi urodzonych w
latach '80, '90 i późniejszych
to pokolenie egoistów. Chyba
nigdy wcześniej nie było takiego
kultu indywidualności, wolności
w wyrażaniu siebie.
Indywidualizm stał się niemal
religią, wyznawaną przez rzeszę
młodych ludzi, którzy na samej
górze, w miejscu bóstwa stawiają
siebie. Zostaliśmy wrzuceni w
świat, który jedzie bardzo
szybko i ciągle jeszcze
przyspiesza. I musimy żyć tak,
żeby nie dostać się pod koła.
Tak naprawdę żyjemy w raczej
cywilizowanym, demokratycznym
świecie. Jakiekolwiek granice
tak na dobrą sprawę przestają
istnieć. Żyjemy w globalnej
wiosce. I chyba większość z nas
nie wyobraża sobie innego życia.
Jesteśmy ludźmi, którzy żyją w
dobie całkowicie dostępnej
informacji, jesteśmy niejako
uzależnieni od mass mediów,
jesteśmy atakowani cały czas
przez reklamy i modę. Jemy w KFC
i pijemy Coca-Colę.
I nie mamy przeciwko czemu się
buntować, bo mamy wszystko to, o
co walczyli nasi dziadkowie czy
rodzice. Chłopcy z rockowych
zespołów śpiewają o wyrywaniu
dziewczyn na imprezach, a
gwiazdy-ikony telewizji
prześcigają się w ilości
wywołanych skandali i
przeprowadzonych operacji
plastycznych. Nastolatki mają za
złe rodzicom, że nie kupili im
jeszcze iPoda albo, że na
urodzimy dostały Porshe zamiast
BMW...
Jesteśmy kosmopolitami-i to nie
tylko z własnego wyboru, tak nam
po prostu wpojono, tak
zostaliśmy wychowani.
Walczymy więc o niepodległość
swojej wysepki, bo walka i bunt
są wpisane w naturę człowieka,
szczególnie młodego.
Indywidualizm oprócz tego, że
jest "religią", stał się również
modą. I tu pojawia się paradoks:
przecież moda to zaprzeczenie
indywidualności.
Egoistyczna postawa to według
mnie nic złego, jednak tak
naprawdę niewielu odważy się
przyznać do tego, że jest się
siebie najważniejszym. Skupiamy
się na sobie, staramy się, aby
nam było dobrze. A jeśli nam
jest dobrze, to w naszym
otoczeniu jest mniej zgrzytów.
Przy takim założeniu, jesteśmy
dobrymi władcami, chcemy jak
najlepiej dla swojej wyspy...
Jednak musimy ją także chronić.
Mury, mosty zwodzone i inne
zabezpieczenia to coś
oczywistego. Musimy uważać na
piratów, którzy wpadną na chwilę
i obrabują nas ze złota. Jednak
istnieje tutaj pewne ryzyko:
zaczynamy podejrzewać o piractwo
wszystkie statki i na wszelki
wypadek nie pozwalamy cumować w
naszym porcie. No, ewentualnie
na chwilę.
W efekcie stajemy się rozbitkami na naszych własnych wyspach. I nie
możemy czekać na żadną pomoc.
Budujemy więc latarnie albo
rozpalamy ogniska by porozumieć
się z innymi. Czasem zapominamy,
że nasz własny indywidualizm
będzie widoczny tylko przez
porównanie nas z innymi.
Czasem więc trzeba pozwolić sobie na sztorm i fale, które przedrą
się przez wszystkie falochrony
i roztrzaskają jakiś obcy
statek.