Kiedy osiągniesz jakiś szczyt,
on automatycznie przestaje nim
być.
Za tobą jest tylko długa,
często bardzo stroma i trudna
droga.
A ty masz do dyspozycji kolejną
płaszczyznę
-z takiej perspektywy położoną
tak naprawdę tylko trochę wyżej
niż poprzednia.
Od razu szukasz wtedy kolejnych
"gór" do zdobycia.
Jak się możesz poczuć widząc tam
milion innych,
a jednocześnie podobnych do
twojej, chorągiewek?
Co, jeśli rozciągający się przed
tobą widok nie jest taki jaki
miał być?
Niektórzy w takiej sytuacji
skaczą w dół i żyją na
całkowitym dnie lub nie ma ich
wcale.
Inni opętańczo błądzą i szukają
na swoim poziomie "sami nie
wiedzą czego"
bo nie mają siły na ponowne
podjęcie wędrówki w górę,
a nie chcą tracić tego co już
mają.
Jeszcze inni wspinają się wyżej
i albo jest im lepiej,
albo z tej perspektywy z góry
dostrzegają uroki niżej
położonych warstw.
Bo w którymś momencie może
okazać się,
że kariera to jednak nie to, co
myśleliśmy.
Pieniądze nie mogą zapewnić nam
tlenu,
którego im wyżej,
tym jest coraz mniej.
Miłość niekoniecznie nią
pozostaje na zawsze.
Sława nie jest aż tak fajna jak
mówili inni.
Rozczarowanie i zmęczenie?
Nie twierdzę,
że trzeba zostać na poziomie
lasu liściastego.
Przeciwnie.
Nie każdy z nas jest w danej
dziedzinie zdobywcą.
Dla jednego sukces osiągnięty w
dziedzinie bizensu to Rysy albo
Śnieżka.
Dla innego Mount Everest.
Ułóż strategię,
przygotuj się do zdobywania
tysięczników.
I poszukaj tego,
na który chcesz się wspiąć
najbardziej,
nie wybieraj drogi z
przewodnikiem i często
uczęszczanego szlaku.
Widok stamtąd na pewno był już
miliard razy opisany i może nie
być miejsca na twoją
chorągiewkę.