|
Znajomy opowiadał mi ostatnio
jak to przeniósł się na studia
do Krakowa i bardzo szybko
musiał
znaleźć sobie jakieś
mieszkanie do wynajęcia. Znalazł
przerobione z jakiejś suteryny.
Bez ogrzewania,
za to z oknami
na wysokości chodnika. Mówił
sobie, że to na miesiąc, góra
dwa, aż znajdzie coś normalnego.
I co? Mieszka tam już dwa lata.
Przykład jakich wiele, ale ta
mnogość dowodzi tylko tego, jak
często pozwalamy prowizorkom
stawać się rzeczami trwałymi. Z
lenistwa, braku czasu i ochoty.
Godzimy się na to, bo tak
wygodnie,
bo w sumie to tak jest
dobrze. Jesteśmy ludźmi i
przywiązujemy się do miejsc i
przedmiotów.
I do ludzi. Nawet
pomimo początkowego założenia,
że to wszystko miało być
tymczasowe i na chwilę.
„Skoro mój Książe z bajki nie
zwraca na mnie uwagi to na razie
mogę być z jego giermkiem.” W
skrajnych przypadkach wystarcza
nawet koń. „Przecież w końcu i
tak musi zwrócić na mnie uwagę,
znajdzie pantofelek albo trafi
na moją wieżę.” Jedna z
najgorszych opcji to niejasny
związek ze smokiem i nadzieja,
że wyśniony rycerz przybędzie
jeszcze przed skonsumowaniem.
Prawdziwych rycerzy jest
niewielu, z synami królów też
bywa ciężko, więc „zamiast”
staje się czymś oczywistym.
Prowizorka ma to do siebie, że
jest gorsza od czegoś na stałe.
Zakłada, że prędzej czy później
zamienimy ją w coś innego, w
domyśle coś lepszego. Ona sama z
siebie teoretycznie nie powinna
mieć prawa zmieniać swojej formy
i przeznaczenia, czyli
zniszczenia. A jednak często
dzieje się zupełnie inaczej. I w
pewnym momencie może okazać się,
że większość tego co posiadamy
to prowizorki.
Już przemienione
bądź nie.
Ile na tym tracimy? Zysk w
postaci czasu, pieniędzy,
spokoju jest tylko pozorny, bo
wszystko
może runąć w każdej chwili.
A jeśli
potrzebujesz pomocy polecam np.
Castoramę. I budujesz,
remontujesz, urządzasz. Na nowo
:)))
|