|
Są filmy, które trzeba obejrzeć
w absolutnej samotności, w
absolutnym odizolowaniu, w
ciemnym pokoju i ciszy. Są
filmy, które trzeba obejrzeć
kilka razy. Takie, którym nie
sprzyja sala kinowa pełna
ludzi-chociaż oczywiście to też
ma swój urok. I każdy na pewno
ma taki swój reżyserski cud.
Albo nawet kilka.
Nie będę pisać o
swoich ulubionych filmach,
ciężko ułożyć taką listę. Ale
jest kilka obrazów, które w
ostatnim czasie naprawdę mnie
ruszyły.
„Control”.
Dla jednych pewnie świetny, dla
innych przeciętny, a dla jeszcze
innych stanowczo
przereklamowany. Poszłam do kina
nie przez to, że jakoś namiętnie
słucham Joy Division. Niewiele
wiedziałam też o Curtisie.
Poszłam, bo nie zdążyłam na inny
seans. Bo plakat był
fajny-niegrzeczny, przystojny
chłopak z papierosem. Nie
spodziewałam się cudów,
spodziewałam się trochę
patetycznie opowiedzianej
historii rockowego wokalisty,
która niewiele miałaby wspólnego
z garażami. I wyszłam z kina
trochę ogłupiała, bo to była
historia zwykłego człowieka, nie
boga nastolatek ani herosa
branży muzycznej, ani też
rozkapryszonej gwiazdy. To była
historia rozczarowania. Sławą,
uczuciem, światem i innymi.
Sobą. Historia egoisty i
artysty. Nie tylko kolejnego
idola młodych ludzi, gwiazdy.
Szczera, demitologizująca. I
niektórych może boleć, że On
miał takie problemy jak wielu z
nas. Sfera sacrum okazała się
tylko profanum. A taką historię
może opowiedzieć wielu z nas.
„Heima”. Zapis darmowych
koncertów Sigur Rós w Islandii.
Jak dla mnie
niezwykłe-siedziałam, oglądałam
i nie chciałam żeby się
skończyło. Śliczne obrazki,
śliczne koncerty, śliczna muzyka
i śliczni ludzie. Muzyka nie
jest specjalnie łatwa w
odbiorze, ale naprawdę udziela
się radość grania, radość
tworzenia. Taka radość samego
istnienia wśród mało gościnnych
pól i skał Islandii. Do tego
wypowiedzi muzyków, świetnie
dobrane utwory. I całe rodziny
przychodzące posłuchać tego
grania. Pasja, która daje
szczęście. Aż się chciało
znaleźć swoje dziecięce organki
i coś na nich zagrać. Albo
złapać za smyczek. A muzycy
wyglądają momentami jak dobre
krasnoludki wyrzucone na małą,
zimną wyspę. Odwiedzają
zapomniane miejsca jak dobre
duszki,
aby chociaż na chwilę je ożywić.
Magia.
To nie są żadne
recenzje, to nie jest polecanie
czegokolwiek komukolwiek. To
tylko dowód na to, jak różne
uczucia i emocje może budzić
dźwięk i obraz. Bo przecież tym
są filmy, jakiekolwiek wydania,
które odbieramy za pomocą
wzroku, który przecież tak
często myli. Ale życzę
wszystkim, żeby byli w taki
sposób oszukiwani. I tego, żeby
oglądanie nie kojarzyło się
tylko z wiadrem popcornu, randką
w kinie i jakimś serialem. Bo
chociaż to wszystko bywa
przyjemne, to warto czasem
urządzić sobie samotne spotkanie
z filmem, a później z samym
sobą. Może spodoba się nam wtedy
reżyserowanie i na następny
dzień, i już każdy kolejny,
będziemy patrzeć oczami
reżysera, od którego zależy
przecież ostateczny kształt
obrazu?
|