|
Uwielbiam obrazy życia.
Namacalne, tuż obok nas.
Chwilowe, niezwykłe w swojej
zwykłości. Proza poetycka.
Słoneczny dzień.
Zbawienny po długim okresie
szarości, deszczu i melancholii.
Zupełnie tak jak przeróżne
zwierzątka wychylają się ze
swoich kryjówek, gdy poczują
promienie słońca – tak
też ludzie.
Osiedle. Ludzkie mrowisko.
Dom. Słońce.
Idę powoli, bo kocham mieć
poczucie, że nie muszę się
nigdzie spieszyć. Nic mnie nie
goni,
robię krok za krokiem i
rozglądam się. Dostrzegam i
rejestruję obrazy.
Mnóstwo dzieci. Bawią się na
placu zabaw, obok placu zabaw,
za placem zabaw. Są tak głośno,
że zirytowani mieszkańcy
pobliskich bloków zamykają okna
i przeklinają pod nosem
entuzjastyczne i niepohamowane
wyrażanie uczuć przez dzieciaki.
Nastolatki. Przedział wiekowy
13-16. Jeżdżą na rolkach,
jednocześnie wyłapując każdego
osobnika płci męskiej
znajdującego się w promieniu
kilkunastu metrów. Mijają mnie.
Akurat wtedy jednej z nich
wyrywa się zduszony okrzyk:
-
„Patrz, to on!”
-
„Gdzie?”
-
„Tam!”
-
„O, już widzę! Ej, ale dobrze
wyglądam??”
Zapracowane matki wracające
do domu z ciężkimi siatami
zakupów. Dla męża piwo, dla
dzieciaków Actimel.
Ławeczka naprzeciwko placyku.
Siedzi na niej staruszek. Koło
ławki kręci się czarny kundel.
Dziadek obserwuje mijających go
ludzi spod półprzymkniętych
powiek. Wyciąga twarz do słońca
i bardzo długo
delektuje się jedynym papierosem
z dziennego przydziału.
Mikrokosmos.
|