|
Całe życie czegoś chcemy. I
nie chodzi mi tylko o rzeczy
materialne.
Kiedy zaspokoimy swoje
podstawowe potrzeby, zaczynamy
rozglądać się za obiektami,
osobami i czynnościami, które
dopełnią nasze istnienie,
nadadzą mu kolorytu i uczynią go
ciekawszym.
Wszystko byłoby ok., gdyby nie
fakt, że nie zawsze, a nawet z
reguły nie dostajemy tego, w
czego posiadanie chcielibyśmy
wejść.
Często zdarza się, że sami
zawiniliśmy, nie byliśmy
wystarczająco wytrwali i
zmotywowani. Innym razem brakuje
szczęścia.
Co się jednak dzieje, gdy
nasze plany pokrzyżowała inna
istota ludzka?
Na scenę ochoczo wstępuje
zazdrość, zawiść, chora
rywalizacja. Mówi się „kto
pierwszy, ten lepszy”. Ja jednak
przekształciłabym to powiedzenie
na „kto sprytniejszy, ten
lepszy”. Bo jak stwierdził
Darwin – dominuje osobnik
najstosowniejszy. Nie sztuka
wypatrzyć skarb. Sęk w tym, by w
jak najbardziej skuteczny sposób
wejść w jego posiadanie.
Skąd się bierze zazdrość i
miliard innych negatywnych uczuć
w stosunku do przeciwnika?
Bardzo często rościmy sobie
prawo do pewnych obiektów, nie
będąc jeszcze ich właścicielami.
W naszych knujących mózgach
kreuje się przekonanie, że dane
„coś” lub „ktoś” należy się nam
bez względu na okoliczności.
Wypielęgnowany egoizm bądź
odzywające się w nas pierwotne
instynkty zdobywców.
Czasami też odzywa się zdrowy
rozsądek mówiący „odpuść sobie”.
Ale powiedzmy sobie szczerze:
prawie każdy z nas jest w stanie
poświęcić wiele, aby zasmakować
uczucia satysfakcji i
zwycięstwa. Przez moment.
Dosłownie przez chwilę. Mimo
tego, dążąc do celu zostawiamy
po sobie więcej niż jednego
trupa, albo przynajmniej kalekę.
Wszystkie te zachowania są
po części wynikiem naturalnych
popędów, po części presji
kulturowej i społecznej.
Aktywność jest istotna, ale
zanim przystąpimy do „competition”,
odpowiedzmy sobie na pytanie:
czy warto?
|