|
|
| |
 |
| |
|
rutynowe rozmowy o pogodzie |
Czasem trudno jest cieszyć się
chwilą.
Niby wszystko jest ok. niby
problemy nie wykraczają poza
średnią krajową, nawet pogoda
nienajgorsza.
A jednak są takie dni, że po
prostu nie da się wstać z łóżka.
Że byle co doprowadza do łez.
Smęcenie jest bardzo w stylu
Polaków.
Czasem uaktywniają się w naszych
słowiańskich duszach te mroczne,
melancholijne zakamarki i nie
dają żyć. Wbrew presji
mass-mediów nie idzie szczerzyć
pyszczka w sztucznym
niby-uśmiechu rodem z USA
i nawijać o pogodzie.
I inna sprawą jest to, że
narzekanie to nasza narodowa,
strasznie wkurzająca
przypadłość.
Narzekamy, żeby sobie ponarzekać
i uświadomić wszystkich dookoła
jakie mamy ciężkie życie.
Dzięki temu, wg własnej
podświadomości poprawiamy nasz
wizerunek w oczach reszty świata
-
bo w końcu tak nam ciężko, a
proszę, jak sobie pięknie
radzimy.
W rzeczywistości, reszty świata
kompletnie to nie obchodzi, bo
ma nas dość i chce komuś
ponarzekać.
Ale ja nie o tym.
Toto dawno już
zdiagnozowano, a we krwi mamy
geny odporności.
Chodzi mi o to trudne do
sprecyzowania przeczucie, że
wszystko jest tak, jak być musi
i jest beznadziejnie.
O przeczucie nadchodzącej
katastrofy.
O ten dziwaczny
cień, który przysłania nam
słońce i godziny,
które się dłużą podczas
bezsennych, mimo zmęczenia,
nocy.
Błotnistą breje, która wypełnia
nasze wnętrza zamiast krwi i nie
pozwala się cieszyć.
Czarną kulę, stojącą w przełyku
i duszący ciężar na piersiach.
A może to tylko ten halny?
|
| |
|
tekst: Ania Malik |
|
|