|
Nie bałamuci kolorystycznymi
sztuczkami, nie czaruje
błyszczącymi ozdobnikami.
Obecnie panujący sezon to flirt
pomiędzy modą, a sztuką.
Projektantka zdając sobie z tego
sprawę
powołała się na malarskie
inspiracje.
Czerpała z twórczości Marii Jeremy z wczesnych lat ’50, kiedy to
artystka dogłębnie poświeciła
się monotypii. Szczególne
odwzorowanie zauważalne jest w
potężnych kaloszach, które w
swej czarnej prostocie ukryły
charakter graficznej techniki
Jeremy. Jakby za pomocą gładkiej
płyty pokrytej białą farbą,
rysunki nakładane
są na powierzchnię ciężkich
kaloszy. Nawiązuje to poniekąd
do modnych w tym sezonie ubrań
lub dodatków wyglądających jak
pochlapane farbami malarskimi
fartuchy albo abstrakcyjne
płótna.
Końcowe lata twórczości artystki to dzieła powstałe z tańczących
cieni o lekkiej materii niczym
płomień - prześwity.
Taką właśnie formę przyjmują desenie wykorzystane na butach.
Pozostała całość to przenikające
się tonacje beżów, barwy
stonowane, „naturalne
komplikacje”.
Brak wszechobecnych już wciętych
talii lub podkreślonych bioder.
To kolekcja, która zawarła
mariaż ze spadochronem pod
względem formy i wielkości, a z
drelichowym workiem pod względem
faktury i tkanin.
Ponadczasowość, ale na pewno nie
klasyka. Wielkie torby z
pojemnością mierzoną w mega.
Duże nakrycia głowy, może trochę nawiązują do modnych obszernych,
wielokrotnie i luźno obwiązanych
wokół szyi szalów, ale już nie
mają nic wspólnego z szerzącymi
się arafatkami; może trochę
podobne
do tych z pokazu Veronique
Branquinho, które do złudzenia
przypominały ubiór pszczelarza,
ale zarazem nie mają nic
wspólnego z lansowanym wówczas
kwiecistym stylem i delikatnymi,
powiewającymi tkaninami. Jednym
słowem indywidualizm i ogromna
ingerencja artystycznej duszy.
|